Muzeum Narodowe w kłopocie
Nastanie nowej dyrekcji w Warszawskim Muzeum Narodowym przyniosło środowisku, ale pewnie i nie tylko, wielkie nadzieje.
Do wielkich zmian jeszcze nie doszło – obecność nowego ducha w muzeum ujawniła się za sprawą tak zwanych „Interwencji”. To dość stary muzealniczy pomysł, by w historyczny czy tematyczny dukt prezentacji wprowadzić ahistorycznie eksponaty z innej epoki, w tym wypadku dzieła wyłącznie współczesne. Jako się rzekło, pomysł znany i sprawdzony: ma wytrącać z utartych myślowych tropów, dopowiadać, komentować, poszerzać; przede wszystkim zaś pokazywać odwieczne wspólnoty zainteresowań artystów z różnych epok czy kontynentów.
Przyjmując, szczególnie na początek, że to całkiem dobry pomysł, należy wyrazić poważne zastrzeżenie co do kompletnie prowizorycznej, wręcz niechlujnej formy jego zrealizowania. Muzeum, które powinno wyznaczać estetyczne standardy, zrealizowało tę prezentację na poziomie powiatowym. Argumentem nie może tu być brak środków. Jeżeli bowiem nie ma dość pieniędzy, by interwencje miały dobrą estetycznie realizację, to sobie lepiej dajmy z nimi spokój, bo niezbyt piękne – stają się też niezbyt mądre.
Co więcej, systematycznie pogłębia się estetyczna degradacja samego budynku muzeum. Realizacje odbywają się przypadkowo, bez ustalonego z góry planu, i mają charakter łataniny. Najnowszym tego przykładem jest zamontowanie nowoczesnej, ruchomej i automatycznej szatni w miejsce starych wieszaków, zaprojektowanych dla muzeum jeszcze przed wojną. Owszem, w Luwrze są identyczne automaty do wieszania palt, ale tam je schowano. W warszawskim budynku szatnie są zupełnie na wierzchu, więc teraz pierwszą rzeczą, jaką spotka widz, będzie owa ultranowoczesna szatnia rodem z pralni chemicznej. A przedwojenny architekt zaprojektował takie wieszaki, jakie wtedy były do pomyślenia.
Wiem, że zrobiono to, by utworzyć miejsce na księgarnię, ale ta z kolei będzie najpewniej kolejną prowizorką. I tak w kółko.
Za jakiś czas Muzeum Wojska ma wynieść się z budynku. To nie rozwiąże wszystkich problemów lokalowych. Może więc należy się zastanowić nad kompleksowym projektem przebudowy i modernizacji muzeum, a nie rzeźbić je po kawałku.
Swoistym otwarciem i wizytówką nowej dyrekcji ma być wystawa „Ars Homo Erotica”, która została zamierzona jako prezentacja zjawiska od zachowanych jego początków, aż po dzień dzisiejszy. Ale tak szeroko pomyślna wystawa zostanie zrealizowana tylko za pomocą eksponatów z warszawskiego muzeum, a to z powodu braku środków na wypożyczanie. Oczywiście, to wcale nie musi być zła prezentacja. Jednak obawiam się, że jej ubóstwo i ograniczenia będą prezentowane szanownej publiczności nie jako brak, ale jako cnota, zaleta i wartość.
Ta wystawa na pewno i tak narobi wokół siebie niezłego szumu. Nie ma co do tego najmniejszych wątpliwości. Może zarazem stać się swoistym miernikiem otwartości polskiego społeczeństwa na inność, a z tym jak wiadomo najlepiej nie jest. Zatem co do succes du scandal możemy być pewni. Jeśli spowoduje wyrzucenie dyrekcji, tym większy będzie jej – dyrekcji – sukces w międzynarodowym światku muzealnym. Może nieco demagogicznie napiszę, że wolałbym by powodem do protestów widzów była wystawa merytorycznie perfekcyjna, ale na to chyba nie ma szans.
Bogusław Deptuła